MISJONARZ z przeklętej ziemi

"Na purgę nie ma mocnych. Gdy zacznie wiać paraliżuje całkowicie życie. Może trwać trzy godziny, siedem dni, albo i dwa tygodnie. W dwumetrowych zaspach trzeba wykopać wąskie tunele. Przynajmniej na szerokość łopaty. Zrzucić grubą warstwę białego puchu z dachu. Zima trwa osiem miesięcy. W naturalny sposób odmierza czas i wyznacza rytm życia. Jeżeli tylko śniegi zejdą, w czerwcu zaczną budować kościół. Pierwszą katolicką świątynię na Kamczatce."
Artykuł z: Podkarpacie 16/20-04-2011 r. Czytaj więcej:
"MISJONARZ z przeklętej ziemi" - pdf 1
"MISJONARZ z przeklętej ziemi" - pdf 2
Read More
Lepsza winda niż schody - o. Krzysztof Górski OCD, ks. Krzysztof Kowal
Rozmowa z ks. Krzysztofem Kowalem, proboszczem parafii pw. św. Teresy od Dzieciątka Jezus, Doktora Kościoła w Pietropawłowsku Kamczackim na Kamczatce
Plany i pragnienia wyjazdu do Rosji pojawiły się na długo przed wyruszeniem...
O wyjeździe na misje myślałem jeszcze przed wstąpieniem do seminarium. Z korespondencji z misjonarzem wiedziałem, że aby wyjechać dokądkolwiek na misje, trzeba się do tego dobrze przygotować. Najlepszym zaś sposobem jest parafia, ze zwykłymi problemami i trudnościami. Wobec tego w czasie święceń grzecznie powiedziałem biskupowi, że myślę o wyjeździe na misje, zaś biskup Ignacy Jeż, obecnie śp. kardynał Ignacy Jeż, odpowiedział mi grzecznie: „Panie, poczekaj dwa lata i przyjdź”. Po dwóch latach przyszedłem. Był już wówczas inny biskup, święty biskup Czesław Domin, który w odpowiedzi na moją prośbę związaną z wyjazdem na misje wysłał mnie na misję najtrudniejszą — miałem zostać wychowawcą kleryków w seminarium duchownym. Gdy Bóg odwołał biskupa Domina, kolejny biskup — Marian Gołębiewski — pozwolił mi wyjechać na misje.
Skąd wybór tak niezwykłego środka lokomocji? Rzadko kto wybiera się na Syberię na rowerze.
Tak, rzadko przemierza się rowerem takie odległości, ale przecież dojeżdża się na rowerach do pracy, a ja jechałem do pracy. Rower daje możliwości, których się nie ma, lecąc samolotem lub jadąc samochodem. Wcześniej dużo jeździłem z młodzieżą. Byliśmy na rowerach w Afryce, Fatimie, Lourdes, w Ziemi Świętej. Wiedziałem, jak dużo poznaje się z danego kraju, jadąc rowerem; można też znakomicie szlifować język. W czasie dwóch i pół miesiąca drogi do Irkucka, którą przejechaliśmy na rowerach, zdobyłem tak dużo doświadczeń, że dotychczas z nich korzystam. Chodzi głównie o zwykłe ludzkie życie, którego nie zobaczę, idąc w sutannie po parafii, ponieważ zawsze znajdę wysprzątane mieszkanie i taki „kapłański” szacunek. Wyboru transportu dokonałem ze względu na ludzi. Mniej więcej co 500 km była jakaś parafia katolicka, dzięki czemu mogłem poznać sporo osób.
Nie jechałeś jednak sam.
Z jazdą było rzeczywiście zabawnie. Gdy pierwszy raz rozmawiałem z biskupem Mazurem, nie powiedziałem mu, że chcę jechać rowerem. Dopiero w czasie drugiej rozmowy telefonicznej zakomunikowałem ten fakt. Z drugiej strony nastąpiła cisza, a następnie padło pytanie: „A ksiądz przejazdem czy na stałe?”. Biskup poradził mi, bym z dwóch osób zwiększył grupę do trzech, żeby było bezpieczniej. Oczywiście przyjąłem tę radę, znalazłem trzecią osobę i pojechaliśmy w trójkę. Gdy przyjechałem, po dwóch miesiącach zostałem proboszczem katedry w Irkucku. Kiedy siedzieliśmy któregoś dnia przy kawie, biskup podzielił się ze mną refleksją: „Ty wiesz, dlaczego prosiłem, żebyś dobrał sobie jeszcze jedną osobę?”. Odpowiedziałem, że zapewne z troski o moje bezpieczeństwo. On zaś mi odparł: „Nie, ja myślałem po prostu, że trzeciego takiego wariata nie znajdziesz i przylecisz samolotem”.
Kilka tygodni po przyjeździe na Syberię zostałeś proboszczem, na Kamczatkę wyjechałeś nieco później.
Biskup, kierując diecezją, mianuje swoich współpracowników. Jakoś pasowałem do planów biskupa Mazura. Gdy jednak odszedł, a dokładniej został wyrzucony z Syberii, i przyszedł biskup Cyryl Klimowicz, otrzymałem propozycję pracy na Kamczatce, o której nic nie wiedziałem. Wiedziałem, że jest taka kraina gdzieś koło Japonii i Alaski, ale niewiele poza tym. Będąc już na Kamczatce, przypomniałem sobie, że na moim obrazku prymicyjnym zamieściłem słowa: „Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię”. Przyjechałem do parafii pw. św. Teresy od Dzieciątka Jezus, a więc patronki mojego rocznika seminaryjnego i patronki misji. Zrozumiałem, że jestem na miejscu. Cieszę się i dziękuję za to, że mogę pracować w tej parafii. Patronuje jej, ściśle mówiąc, św. Teresa od Dzieciątka Jezus, doktor Kościoła. Jest to chyba pierwsza parafia w świecie, której patronat nadano po ogłoszeniu św. Teresy doktorem Kościoła.
Pracujesz w specyficznej parafii.
Rzeczywiście, wszelkie porównania do warunków polskich czy nawet europejskich są niezwykle trudne. Moja parafia liczy osiemdziesiąt pięć osób, terytorium zaś jest trzy i pół razy większe od Polski. Centrum parafii znajduje się w mieście świętych Piotra i Pawła, w Pietropawłowsku Kamczackim. Nazwa pochodzi od dwóch statków: św. Piotr i św. Paweł. Przypłynął nimi Bering, który odkrył miasto leżące nad Zatoką Awaczyńską, moim zdaniem najpiękniejszą na świecie, i nadał mu nazwę. W Pietropawłowsku mieszka obecnie około 200 tys. osób. Mówię „około”, gdyż w minionym dziesięcioleciu nastąpiła duża migracja. Wymieniło się, czyli wyjechało lub przyjechało, około 100 tys. ludzi. Ma to oczywiście związek z poszukiwaniem pracy. To też sprawiło, że część moich parafian wyjechała. Połowa mieszkańców Pietropawłowska to osoby niewierzące, 42% to prawosławni. Reszta — 8% — dzieli się na różne religie, m.in. 2, 9% mieszkańców deklaruje się jako katolicy. To daje ok. 5 tys. osób. Gdzie oni są? Trudno odpowiedzieć na to pytanie: być może nie utożsamiają się ze zwykłym domkiem, mieszczącym dwa pokoje, w których odprawiamy Mszę świętą. Na religijność ma wpływ jeszcze jeden fakt. Kamczatka, zgodnie z zamysłem rewolucji, była pierwszym województwem całkowicie ateistycznym, gdzie zniszczono wszystko w jakikolwiek sposób związane z religią. Dopiero w 1991 czy nawet 1993 roku otworzono Kamczatkę — wcześniej można było się tam dostać tylko za imiennym pozwoleniem służby bezpieczeństwa, mając umowę o pracę. Jedynym środkiem lokomocji, dzięki któremu można się tam dostać, jest samolot. Jest jeszcze droga morska.
Co sprawiło Ci największą trudność po przyjeździe na Kamczatkę?
Trudności mogę podzielić na wewnętrzne i zewnętrzne. Jeśli chodzi o wewnętrzne, to trzeba było się uzbroić w ogromną cierpliwość, żeby czekać na człowieka. Trzeba było też walczyć ze sobą, by nie zniechęcać się przy pierwszych problemach. Dużą trudnością było dla mnie odizolowanie od świata. Pierwsze cztery lata nie były łatwe. Kamczatka jest trudnym krajem, jeśli chodzi o mieszkanie, gdyż sześć, siedem, a czasem nawet osiem miesięcy ciężkiej zimy daje o sobie znać. Skoki ciśnieniowe są niewyobrażalne. Gdy np. pojawia się burza śnieżna czy deszczowa, przychodzi jako ogromna nawałnica. Potem, gdy miasto znajduje się w oku cyklonu, pojawia się na godzinę piękne słońce, a potem znowu wieje, gwiżdże, ciśnienie spada tak szybko, iż odnosi się wrażenie, jakby głowa pękała. Po czterech latach pojechałem do biskupa z planem budowy kościoła. Gdy wróciłem, przez rok starałem się o ziemię. Pojawił się protest prawosławnych, w uzasadnieniu którego podano, że wieża kościoła będzie widoczna z Zatoki Awaczyńskiej. Przetrawiłem tę odmowę i przez kolejne dwa lata szukaliśmy nowego terenu. Trzy lata temu otrzymaliśmy teren, na skale, obok zamkniętego już cmentarza.
Ponoć dokonało się to wszystko w sposób jak na Rosję niezwykły — bez jakiejkolwiek łapówki.
Postanowiliśmy grać w otwarte karty i rzeczywiście nie dawać łapówki, choć czasem parafianie radzą: „Niech ksiądz posmaruje, to pojedzie szybciej”. Nie zgadzam się, gdyż nie można nieuczciwością budować kościoła, nawet jeśli miałoby się to dziać szybciej. Oczywiście jest to pójście pod prąd, a droga pod prąd nie jest łatwa.
Radość z budowy nowego kościoła szybko stopniała, gdy zabrano wam ów skalisty teren przy cmentarzu. Trudno w takiej sytuacji powiedzieć do siebie: Krzysiek, bądź miłosierny.
Jestem cholerykiem i to rzeczywiście nie sprzyja przyjmowaniu takich ciosów. Wolałbym nie cytować słów, które przychodziły mi na myśl. Wewnętrznie czułem ból, po prostu ból. Był konkretny plan i nadzieje. Wprawdzie mój plan, ale oddany Panu Bogu i poparty różnymi pracami budowlanymi. Mieliśmy już 300 ton kostki białego granitu, projekt kościoła, a nawet pieniądze na budowę. I gdy już byliśmy na ostatniej prostej, dostaliśmy mocno po głowie. Mówię „dostaliśmy”, gdyż od dwóch lat nie pracuję już sam. Jest też ks. Jan Radoń, wikariusz, który przybył do nas po dwunastu latach pracy na Ukrainie. Człowiek dużo, dużo większy ode mnie fizycznie i — śmiem twierdzić — także duchowo. Dzięki niemu łatwiej było znieść te przeciwności. Dzięki jego obecności mogłem wyjechać na urlop. Musiałem „dać sobie na wstrzymanie”, odejść, nabrać dystansu, by się w tym nie zagubić. Wróciłem do Polski, wsiadłem na rower i pojechałem do Medjugorje. Odpoczywałem i modliłem się, polecając tę sytuację Matce Bożej. Tam otrzymałem moc przebaczenia, znikła z mojego serca złość. Nie mam teraz złości w sercu, mam za to większe zaufanie do Pana Boga. Mówię Mu: „I tak Ty tym wszystkim kierujesz; nie wiem jak Ty to robisz i jak Ty to zrobisz, ja jedynie ufam, że to, co się stało, jest lepsze niż to, co by się stało”. Szukamy teraz na nowo, bo jestem niemal pewien, że tego terenu przy cmentarzu nam nie oddadzą. Co się stanie w najbliższej przyszłości? Nie mam zielonego pojęcia. Cieszę się jedynie, że w Pietropawłowsku powstanie kościół, bo jestem pewien, że powstanie. Gdzie i jak? Tego nie wiem.
Ufność jak u św. Teresy, patronki parafii.
Nie pozostaje mi nic innego. Człowiek musi znaleźć się w sytuacji bez wyjścia, żeby zaufał całkowicie. Miałem takie doświadczenie fizyczne, gdy byłem jeszcze w seminarium. Przez wypadek albo moją głupotę straciłem możliwość chodzenia. Młody człowiek, pełen planów, na pół roku położony w szpitalnym łóżku. W perspektywie operacja, po której może już nigdy nie chodzić. Okropny ból, bunt i złość, bo świat się beze mnie kręci. Ja leżę, a oni tam sobie żyją. Miałem wówczas takie szalone marzenie, by kiedyś przejść jeszcze dziesięć kroków nad morzem o własnych siłach. W takiej sytuacji, gdy się zaufa, wszystko jest możliwe. Zacząłem chodzić. Później pojechałem na rowerze do Afryki i do Ziemi Świętej, a ostatecznie na Syberię. I jakoś funkcjonuję, choć problem z kręgosłupem nie zniknął i mocniejsze kichnięcie może mnie unieruchomić. A tymczasem ja żyję, funkcjonuję i cieszę się, że zdrowotnie „wiszę na włosku”. To uczy mnie żyć z tym, czego nie mogę zmienić. Trzeba zaufać, a Tereskowa winda rzeczywiście okaże się lepszym sposobem niż wdrapywanie się po schodach.
Jak przebaczyć komuś, kto wyrządził nam krzywdę? Musiałeś się przecież z tym zmagać?
Jeśli będę tylko ja i ten drugi człowiek, nie da się do końca przebaczyć. Ja przeżywałem złość — ona może doprowadzić do nienawiści. Żeby sobie poradzić, muszę włączyć w ten proces Pana Boga. Ten człowiek popełniający zło w stosunku do mnie także jest dzieckiem: to jest mój brat, moja siostra. Tak myślę również o pani Taisie, dyrektorce firmy projektowej, dzięki której straciliśmy 3 mln rubli, czyli 300 tys. złotych. Ja nie znam innego sposobu pomagającego w przebaczeniu, jak modlitwa o łaskę przebaczenia. Wymaganie Jezusa „miłujcie waszych nieprzyjaciół” jest możliwe tylko z Jezusem. To jest moje doświadczenie. Najbardziej dziękuję Panu Bogu za to, że mogę miłosiernie, a więc bez złości, spojrzeć na tę panią, oddzielając jej godność człowieka od niegodziwości, która ją okrywa. Zgodnie ze sprawiedliwością muszę wystąpić do sądu, by zażądać tych pieniędzy, bo nie należą do mnie, tylko do parafii — ale z drugiej strony nie mam w sercu złości, nie podejdę do tej pani i jej nie z wyzywam. Mogę jej jedynie powiedzieć, że ją Bóg także kocha.
Czy nie wydaje Ci się, że nam, wierzącym, grozi czasem „syndrom starszego syna” z przypowieści o synu marnotrawnym? Czasem uważamy się za sprawiedliwych, patrzymy z odrobiną wyniosłości na grzeszników. Oni tymczasem doświadczają miłosierdzia, nam grozi — jak starszemu synowi — pozostanie na lodzie.
Wróciłem przed kilkoma dniami z rekolekcji dla narkomanów, które prowadziłem na Ukrainie. Pomagamy też na Kamczatce osobom z problemem alkoholowym. Z tej perspektywy patrząc — z perspektywy grzeszników, którzy się nawracają — mogę powiedzieć, że przeganiają tych, którzy w Polsce nie opuścili przez ostatnie trzydzieści lat Mszy świętej. Przykładem może być Andriej, profesor filozofii. Znał sześć języków, nauczył się siódmego, polskiego, by móc czytać książki teologiczne, by poznawać Boga. Przyjechał na swój koszt z Kamczatki do Krakowa na zamknięte rekolekcje, by bardziej poznać Boga. Czyta, pisze, studiuje z ogromną pasją. Już dawno przegonił tych, którzy mają na co dzień Pana Boga i niewiele się Nim przejmują. W mojej parafii na Kamczatce prowadzimy z ks. Janem katechezę, wyjaśniamy prawdy wiary, czytamy z ludźmi Pismo Święte. Wolę mówić tam, do tej garstki zapaleńców, którzy tak mocno przeżywają swoją wiarę, niż tu, w Polsce. Dlatego, że przyjmowanie Boga od strony młodszego syna, tego świeżo powracającego po latach z tułaczki, jest głębsze niż tego starszego, leniwego, czasem niewolniczo odrabiającego pańszczyznę religijną katolika, który często traktuje wiarę nie jako spotkanie z Bogiem, a jedynie tradycję; któremu brakuje entuzjazmu, radości wewnętrznej. Są oczywiście reguły, zasady, przykazania, ale wydaje się, że nieco za mało tam życia, odczucia Bożej miłości. W czasie któregoś ze spotkań z narkomanami omawialiśmy Ewangelię o uzdrowieniu paralityka przyniesionego przez cztery osoby przed Jezusa. Staram się obrazowo wyjaśniać im daną perykopę, zatem poprosiłem, by czterech mężczyzn wniosło przez okno na pierwsze piętro sparaliżowaną osobę. Wybrali młodą dziewczynę, narkomankę, która przyszła niedawno. Wybrali ją, bo była najlżejsza — nie dlatego oczywiście, że była najbardziej sparaliżowana grzechem. Wnieśli ją na to pierwsze piętro. Ileż przeżyć towarzyszyło tej scenie. Gdy patrzyłem na tę dziewczynę, widziałem ogromne wzruszenie. W jej oczach widziałem pragnienie, by usłyszeć: „Odpuszczają ci się twoje grzechy” i „bądź uzdrowiona”. Widzę w niej przemianę. Widzę radość tych czterech, którzy ją przynieśli. Ich moc wiary jest o wiele większa, dlatego Jezus powiedział, że grzesznicy wyprzedzają nas do Królestwa Bożego, gdyż doświadczyli większej miłości przebaczającej i są bardziej wdzięczni.
Proszę o komentarz do pewnej myśli: bycie grzesznikiem to szansa, by poznać Boga, poznać Go przez Jego przebaczającą miłość; szansa bycia grzesznikiem to szansa przyjęcia daru miłości i ostatecznie szansa, by bardzo kochać.
Zgadzam się z tym w stu procentach. Dodam tylko, że radość, jaka towarzyszy jednej spowiedzi człowieka, który się nie spowiadał nigdy, a którego kiedyś tam w dzieciństwie ochrzczono, daje mi „napęd na cały rok”. Czasem koledzy z Polski śmieją się: Co ty tam robisz na tej Kamczatce? Odpowiadam: Jestem. A oni na to: To bez sensu, u nas w ciągu jednych rekolekcji wyspowiadasz tyle osób, co tam przez cały rok. Ale ja mam świadomość, że „polskie spowiedzi” to często wytarcie kurzu z parapetu, tymczasem spowiedzi na Kamczatce to otworzenie drzwi Chrystusowi na oścież, by wymiótł grzechy np. ostatnich czterdziestu lat; to remont całego mieszkania.
Czego czytelnicy „Głosu Karmelu” mogą wam życzyć i jak można wam pomóc?
Chciałbym, byście nam życzyli na kolanach, to znaczy modlili się za nas. Kościół jest misyjny. Jeśli tutaj, w Polsce, Kościół nie żyje misją, to obumiera. Módlcie się zatem, by rozmowy z księżmi biskupami doprowadziły do tego, aby przyjechali do nas kolejni kapłani. Życzcie nam, byśmy w trudnościach zawsze potrafili dostrzec wolę Bożą. I ostatnie życzenie: życzcie sobie pojechać na Kamczatkę. Zobaczycie, jak zmieni to wam spojrzenie na świat i na wasze problemy. Życzę każdemu kapłanowi, by na kilka lat wyjechał na misje, dokądkolwiek, niekoniecznie na Kamczatkę. Jeśli po tym czasie wróci normalny, będzie normalniejszy niż przed wyjazdem. Będzie potrafił szanować człowieka, wyrwie się z rutyny. Jak można nam pomóc? Duchowo i materialnie, przy czym gdyby miała to być pomoc materialna, to od razu mówię, że jest ona mało owocna bez modlitwy. Można też oczywiście przyjechać do nas np. na miesiąc i pomóc fizycznie. W minionym roku w jednym czasie było nawet dwunastu wolontariuszy, którzy przyjechali na miesiąc, by fizycznie popracować. Zatem kolejność pomocy jest taka: najpierw modlitwą, jeśli można — to materialnie, a gdy ktoś odczuje pragnienie wyjazdu jako wolontariusz, to też chętnie zapraszamy.
Bardzo dziękuję za rozmowę. o. Krzysztof Górski OCD
Read More
Tereska wszystko załatwi - Łukasz Kaźmierczak
–Posuwa się droga papierowa - mam już ponad sto papierków i wszystkie podpisane. Najciekawsze, że za żaden z nich nie dałem jakiejkolwiek łapówki. Wszystko jest oficjalnie, legalnie. Teraz muszę zapłacić za wbicie w ziemię pięciu kołków drewnianych, a każdy kosztuje tysiąc dolarów – mówi ks. Krzysztof Kowal. Ot, zwykła rzeczywistość budowniczego katolickiej świątyni na Kamczatce.
Optymizm księdza Krzysztofa udziela się każdemu, kto rozmawia z nim choćby przez kilkadziesiąt sekund. A przecież tak na zdrowy rozsądek „proboszcz na Kamczatce” nie powinien mieć zbyt wielu powodów do radości. Bo wszechobecna biurokracja, surowy klimat i gigantyczne koszty to wystarczające przeszkody, by machnąć na to wszystko ręką. Ale ks. Kowal nie zamierza się poddawać. Ma jeden cel: chce, by na Kamczatce - niemal na końcu świata - po raz pierwszy w historii zbudowana została katolicka świątynia. I to na pozór nierealne zamierzenie wydaje się być coraz bliższe realizacji.
Osiemset ciężarówek
Mały przykład biurokracji w wydaniu rosyjskim:
- Miasto postanowiło dać nam ziemię pod budowę kościoła. Na jego podstawie wydział architektury wydał następne postanowienie, na podstawie którego z kolei mogę iść do firmy, która wyznacza teren pod budowę. Potem ta firma wystawia dla architektury nowe dokumenty, które wracają jednak do miasta, bo w tym czasie zdążyło się już zmienić prawo, więc to postanowienie musi mieć następne postanowienie. Po drodze w którejś z instancji zrobiono błąd, tak więc dokumenty trzeci raz krążą w tę i z powrotem – wzdycha ks. Kowal. Ale budowa posuwa się naprzód, i to pomimo tego, że prace mogą być prowadzone jedynie przez trzy miesiące w roku. Potem śnieg zasypuje wszystko grubą kilkumetrową warstwą puchu. Teraz zaś trwają prace przygotowawcze - przede wszystkim wiercenie dziur w ziemi, potrzebnych do zrobienia badań geologicznych. Takie badania są niezbędne nie tylko do posadowienia świątyni, ale także dla właściwego zabezpieczenia jej przed trzęsieniami ziemi.
– Nie możemy budować szybko, bo to, co postawimy musi przetrwać nie dziesięć, a chociażby i dwieście lat. Dlatego przy projekcie bierzemy pod uwagę sejsmikę na poziomie 11 stopni w skali Richtera. To już jest koniec – więcej się nie da zbudować po ludzku. Wzgórze, na którym stanie świątynia, musi też zostać zniwelowane, ale aby tego dokonać, trzeba wywieźć stamtąd aż osiemset ciężarówek ziemi. Taka jest jednak konieczność, bo na Kamczatce, gdzie stale pracują płyty tektoniczne, zagrożenie sejsmiczne jest wyższe niż gdziekolwiek indziej. Całkiem niedawno wielkie trzęsienie ziemi o sile 7 stopni w skali Richtera kompletnie zniszczyło dwutysięczne miasteczko leżące koło Pietropawłowska. W jednej chwili cała miejscowość dosłownie zniknęła z powierzchni ziemi – opowiada ks. Krzysztof.
Ks. Krzysztof Kowal
W surowych kamczackich warunkach cieszy więc dosłownie każda rzecz, która przybliża do upragnionego celu. A co dopiero taki wspaniały prezent, jak cyfrowe organy, ofiarowane ks. Kowalowi przez „dobrych ludzi” w czasie jego niedawnej pielgrzymki na Jasną Górę. Wieść o instrumencie lotem błyskawicy obiegła 200-tysięczny Pietropawłowsk. Teraz skromna kapliczka nie jest w stanie pomieścić wszystkich amatorów tamtejszych koncertów. Nic w tym dziwnego, bo organy brzmią rzeczywiście świetnie.
- Ale najwspanialszą nowiną jest to, że w lipcu powinien wreszcie przyjechać drugi ksiądz. Nazywa się Jan Radoń i pracuje od 12 lat na Ukrainie. No i mierzy ponad dwa metry wzrostu, co na pewno przyda mu się przy naszych kilkumetrowych zaspach śnieżnych – śmieje się ks. Krzysztof. Dzięki temu kamczacki proboszcz znajdzie też wreszcie trochę więcej czasu na zdobywanie funduszy potrzebnych do budowy świątyni.
– Do tej pory, kiedy jeździłem po świecie, głosząc rekolekcje i prosząc o pomoc, to przez cały ten czas na Kamczatce nie było nabożeństw. A jeździć muszę, bo choćby nawet moich osiemdziesięciu złotych parafian sprzedało wszystko, co posiadają, to i tak nie wystarczy im na budowę kościoła. Aby zaś zbudować w naszych warunkach choćby niewielką świątynię na sto osób, trzeba wydać bajońską sumę ponad pół miliona dolarów. Mimo to jestem pełen nadziei. Zresztą dzięki św. Teresce – patronce naszej parafii - cały czas znajdują się nowi ofiarodawcy. Teraz powinno być zresztą jeszcze lepiej, bo wiozę na Kamczatkę relikwie Świętej z Lisieux – śmieje się ks. Krzysztof.
Wiadomo już jednak, że budowa kościoła potrwa co najmniej pięć lat. Ale nie będzie to czas stracony. Dzięki niemu katolicki kapłan może okrzepnąć, wpisać się w środowisko, wrosnąć w miejscową społeczność. Bo jak mówi ks. Krzysztof w Rosji trzeba być przede wszystkim mądrym dyplomatą, a nie tylko „nawiedzonym” apostołem. Nic na siłę. Jego receptą na misyjny sukces jest roztropność, cierpliwość do papierów oraz spokojna pozytywistyczna praca. A słuchając ks. Krzysztofa, można by jeszcze dodać, że także spora dawka dyżurnego optymizmu, którym kamczacki proboszcz „zaraża” swoje otoczenie, choćby wtedy, gdy opowiada piękne miejscowe baśnie:
– Starzec Bajkał miał przepiękną córkę Angarę – kochał ją i dlatego obudował górami. Ale Angara zakochała się nieszczęśliwie w Jeniseju. Uwięziona płakała, napełniając całe jezioro czystymi łzami. Te jej łzy tęsknoty i miłości zobaczyły rzeczki – dokładnie 350 strumyków wpadających do Bajkału – i postanowiły, że jej pomogą. Angara pod osłoną nocy zaczęła wypływać, ale Bajkał widząc, że ucieka, rzucił kamień. Nie udało mu się już jednak zatrzymać córki. I Angara popłynęła do ukochanego Jeniseja. Od tamtej pory biorą się w objęcia miłości i płyną razem do Morza Północnego. A kamień pozostał tam, gdzie rzucił go Bajkał. I choć do dziś całe jezioro i rzeka zamarzają zimą, to woda wokół niego ma zawsze plus cztery stopnie. Bo tak jak woda wokół kamienia nigdy nie zamarza, tak też nigdy nie ustaje prawdziwa miłość. I życzę Czytelnikom „Przewodnika Katolickiego” szczególnie na tę przepiękną polską wiosnę, żeby nigdy nie ustawali w miłości, obojętnie w jakich okolicznościach się będą znajdować i jak wielki mróz będzie panował na zewnątrz – mówi ks. Krzysztof.
Przypominamy, że każdy, kto oprócz wsparcia modlitewnego chce także w materialny sposób pomóc w budowie pierwszego kościoła katolickiego na Kamczatce, może to uczynić, przekazując pieniądze na numer konta: Bank Pekao S.A. I/o. w Koszalinie Krzysztof Kowal nr rach. 57 1240 1428 1111 0000 2250 3956 (z dopiskiem: „Przewodnik dla Kamczatki”)
Źródło: www.przk.pl
Read More
Wulkany zamiast witraży KOŚCIÓŁ NA KAMCZATCE - Łukasz Kaźmierczak
Rok temu na łamach „Przewodnika Katolickiego" rzuciliśmy hasło: „Budujemy kościół na Kamczatce". Apelowaliśmy wówczas do Czytelników naszego pisma o to, aby wsparli modlitewnie i finansowo dzieło ks. Krzysztofa Kowala na Dalekim Wschodzie. Cały czas z uwagą śledzimy też dalsze losy tego niezwykłego przedsięwzięcia, powstającego tam, gdzie „zaczyna się czas".
Budowa kościoła na Kamczatce jest potrzebą chwili. Jeszcze nigdy w historii nie było tam żadnej światy ni katolickiej, a najbliższy przybytek Pański znajduje się trzy tysiące kilometrów dalej. Właśnie dlatego na tej groźnej, ale pięknej ziemi, na ostatniej parafii świata na Wschodzie, ks. Krzysztof Kowal, niezwykły kapłan-zapaleniec, buduje kościół. Bo tam, gdzie zima trwa dziewięć miesięcy, a nad kilkumetrowymi zaspami śniegu góruj ą jedynie dymiące wulkany, są też ludzie z utęsknieniem czekający na Chrystusa.
Spokojnie nad Spokojnym
Rok na Kamczatce to jak tydzień u nas. Tam życie toczy się swoim własnym rytmem, a po przyjeździe szybko przestaje się zwracać uwagę na dni tygodnia czy na zegarek. Rytm dnia zaczyna wyznaczać słońce.
W Rosji każdą rzecz trzeba nadal wywalczać w urzędach, potwierdzać pieczęcią, oficjalnym pismem. Bo Rosjanie, tak jak za sowieckich czasów, kochają ponad wszystko „bumagi". Im więcej pieczęci, tym lepiej.
Dlatego kiedy rok temu, po pięciu latach starań, ks. Kowal otrzymał wreszcie pozwolenie na budowę kościoła, wiadomo było, że to dopiero początek długiej drogi do celu.
- Gubernator to wykształcony, bardzo kulturalny człowiek, który zarządza Kamczatką we współczesnym stylu. Trudności pojawiły się jednak po protestach Kościoła prawosławnego. Ostatecznie nie otrzymaliśmy zgody na budowę świątyni w „historycznym" centrum miasta. Ale to „niet" przyjęliśmy pogodnie, zaczęliśmy szukać innego miejsca i udało się - mówi ks. Kowal, proboszcz parafii pw. św. Teresy od Dzieciątka Jezus w 250-tysięcznym Pietropawłowsku Kamczackim.
Dziś wiadomo już, że katolicka świątynia będzie budowana niedaleko Oceanu Spokojnego.
- Jak to mówią, Pan Bóg piękne wiersze na krzywych liniach pisze. Nowe miejsce jest sto razy lepsze, bo teraz kościół będzie widzialny prawie z każdego punktu miasta. No i zapewniono nam tym samym wspaniałe widoki ze świątyni, bo wierni zamiast na witraże będą spoglądać na wulkany - śmieje się ks. Krzysztof.
Najważniejsze jednak, że wspólnota parafialna trwa mimo to, że wierni cały czas spotykają się w starym, ciągle remontowanym drewnianym domku w centrum miasta. Nabożeństwa zaś nadal odbywają się w pokoiku-kaplicy o wymiarach osiem metrów na trzy.
Esso i bateryjki
Liczbowo i terytorialnie parafia rozwija się pomalutku. W tym roku przybyło pięć nowych osób, jednak niektórzy wierni opuszczają Kamczatkę. To ci, którym skończyły się kontrakty i wracają w rodzinne strony, tak jak pan Kazimierowicz, dotychczasowy przewodniczący rady parafialnej.
Pojawiają się jednak i nowi.
- Niedawno przyjechała do mnie 83-letnia pani Woźniak, ochrzczona w dzieciństwie, która po kilkudziesięciu latach chciała być wyspowiadana i namaszczona przed śmiercią. Syn wiózł ją specjalnie 250 kilometrów do naszej parafii. Mamy też nową filię parafialną w miejscowości Esso, 550 kilometrów od Pietropawłowska Kamczackiego, gdzie spotkałem potomków zesłanych tam Polaków. I właśnie takie niezwykle wydarzenia najlepiej doładowują moje wewnętrzne „bateryjki duchowe" - mówi ks. Krzysztof, który regularnie objeżdża swoją 3,5 razy większą od Polski parafię.
Jest mu jednak coraz ciężej, ponieważ już trzeci rok przebywa na Kamczatce sam. Dlatego zamierza prosić swojego przełożonego, bp. Cyryla Klimowicza z Irkucka, o przysłanie drugiego kapłana. Bowiem gdy rozpocznie się budowa kościoła, trzeba będzie ruszyć w świat w poszukiwaniu pomocy. A ktoś przecież musi pozostać z wiernymi.
Potrzeba cudu
W Polsce pocztą pantoflową rozniosła się już wieść o „Wokulskim w sutannie", pracującym na Kamczatce. Dlatego do jego parafii coraz częściej trafiają turyści i biznesmeni odwiedzający Daleki Wschód.
- Są jednak i tacy, którzy przyjeżdżają w konkretnym celu, tak jak Paweł, stolarz z Miastka, czy Łukasz z dawnej polskiej parafii ks. Krzysztofa - obaj przylecieli na Kamczatkę na własny koszt, po to, by pomóc w tworzeniu wspólnoty parafialnej - podkreśla Jekaterina Szerengowska, jedna z parafianek ks. Kowala.
On sam cieszy się z każdej dodatkowej pary rąk do pracy i podkreśla, że bezcenna jest wszelka pomoc.
- Choć kościółek ma być przeznaczony zaledwie na sto osób, to przy tutejszym terenie i klimacie oznacza to, że koszt jego budowy wyniesie niebotyczną sumę pół miliona dolarów. Sam projekt architektoniczny kosztuje około trzydziestu tysięcy dolarów. To zawrotne sumy, wielokrotnie przekraczające nasze możliwości - mówi ks. Krzysztof.
Jekaterina Szerengowska tłumaczy, że tak wysokie koszta spowodowane są tym, że prawie wszystkie materiały trzeba sprowadzać drogą lotniczą. Dlatego cegła kosztuje na Kamczatce 1,5 dolara.
- Nawet jabłka przylatują do nas samolotami, nic więc dziwnego, że ceny są tu wyższe niż w niebotycznie drogiej Moskwie - dodaje.
Ks. Krzysztof oblicza czas potrzebny do budowy kościoła na pięć lat. Niestety, ze względu na rosyjskie wymogi prawne ma na nią jedynie trzy lata. Zapowiada się więc wyścig z czasem. Tak więc nie mniej ważne niż pieniądze pozostaje wsparcie modlitewne.
- Dlatego chciałbym jeszcze raz podziękować serdecznie wszystkim Czytelnikom „Przewodnika Katolickiego" za wszelką okazaną do tej pory pomoc. To, że mogę trwać cały czas w nadziei, jest także ich wielką zasługą - podkreśla kapłan z Kamczatki.
Przypominamy, że każdy, kto oprócz wsparcia modlitewnego chce także w materialny sposób pomóc w budowie pierwszego kościoła katolickiego na Kamczatce, może to uczynić przekazując pieniądze na numer konta:
Bank Pekao S.A. I/o. w Koszalinie Krzysztof Kowal nr rach. 57 12401428 1111000022503956
(z dopiskiem: „Przewodnik dla Kamczatki")
Read More
Zesłanie na Kamczatkę jest dla mnie lekarstwem (…) – wywiad z ks. K. Kowalem
Serdeczne spasiba za przywitanie i za waszą cierpliwość. Od razu wam powiem, że wolę drogi kamczackie niż polskie. Tam przynajmniej, jak jest jakaś przeszkoda, to można ją objechać z lewej czy z prawej strony. O sobie nie będę mówił za wiele. Opowiem wam o mojej pracy misyjnej przez pryzmat siedmiu sakramentów świętych. Rozpocznę od sakramentu chrztu świętego. Żeby się ochrzcić w Rosji, w naszej diecezji, warunkiem jest rok katechizacji. Na osiem lat bycia księdzem ochrzciłem trzy osoby: jedną córkę pana Alberta, dorosłego profesora filozofii i panią Irenę. Każdego z nich katechizuje się przez rok lub półtora. Pozostali, którzy chodzą do naszego kościoła zostali ochrzczeni kiedyś na Białorusi lub na Ukrainie. Skąd na Kamczatce są ludzie wierzący? Przyjechali właśnie z Ukrainy i z Białorusi w czasie Zimnej Wojny w latach 60-tych i 70-tych XX wieku. Wtedy to w małej wiosce Piertopawłowsk Kamczacki, (od św. Piotra i Pawła – tak się nazywały dwa statki, gdy przypłynęły pierwszy raz do tego miasta, kiedy Bering odkrył tę drugą pod względem wielkości, ale moim zdaniem najpiękniejszą zatokę świata, na Oceanie Spokojnym) stworzono zaporę, kurtynę wojskową przeciwko Ameryce.
W 1917 r. w czasie rewolucji w Pietropawłowsku było osiemdziesięciu katolików. Nie było w tym czasie żadnego księdza katolickiego. W 1917 r. istniały w Rosji 4 diecezje katolickie, jednak zostały one zlikwidowane, tak jak praktycznie wszystkie diecezje prawosławne. Rewolucja październikowa zrobiła z Kamczatki prawie całkowicie ateistyczny region. W 1991 r. Rosja przyjmuje w konstytucji wolność sumienia – pierwsi kapłani mogą przyjechać i oficjalnie katechizować. W 2003 r. Ojciec święty zmienia nazwę administratur na diecezje. Powstają cztery diecezje: w Moskwie, w Saratowie, na Uralu, czyli w Nowosybirsku i najbardziej wysuniętą na wschód i największą diecezję świata – Irkuck. W 2010 r. w naszych kartotekach jest zapisane osiemdziesiąt pięć osób, z tego połowa już wyjechała, bo życie na tych terenach jest bardzo ciężkie. Wracając do chrztu - trzeba być bardzo, bardzo cierpliwym. Żeby się ochrzcić w Kościele prawosławnym, człowiek niewierzący (według danych mera Pietropawłowska 50% mieszkańców to ludzie niewierzący) płaci 250 rubli. Płacą i chrzczą się od razu. W tym roku prawosławny ksiądz Biskup wprowadził już jedną katechezę przed ochrzczeniem. Wiecie, kiedy katechizuję? Gdy robię zakupy. Ludzie wtedy podchodzą i zadają pytania, m.in. jaka jest różnica między krzyżem prawosławnym a katolickim?
Drugim sakramentem po chrzcie świętym jest bierzmowanie, które u nas w parafii było udzielanie już dwukrotnie. Za pierwszym razem biskup diecezji św. Józefa w Irkucku - Cyryl Klimowicz (objął diecezję po biskupie Jerzym Mazurze z Polski) wybierzmował wszystkich; za drugim razem profesora Andrzeja i udzielił też jednego ślubu – pobłogosławił małżeństwo (małżonkowie mieli 65 i 63 lata).
W Rosji przyjął mnie jeszcze biskup Jerzy Mazur. Gdy dzwoniłem, aby zgłosić się do pracy, biskup Jerzy bardzo się ucieszył i zapytał: „No to dobrze, kiedy ksiądz przyjedzie?” Ja odpowiedziałem: „W sierpniu!”. Nie miałem odwagi, żeby mu powiedzieć pierwszy raz o środku lokomocji, którym przyjadę. Dopiero, gdy dzwoniłem drugi raz powiedziałem, że przyjadę razem z kolegą i że przyjedziemy rowerami. Nastąpiła cisza, a potem pytanie: „Ksiądz to przejazdem czy na stałe?” Gdy biskup ochłonął z wrażenia dodał jeszcze: „A niech ksiądz przyjedzie w trzy osoby, bo tu u nas jest niebezpiecznie”. Podziękowałem mu. Dosyć szybko znalazłem drugiego towarzysza, który z nami pojechał. I tak przejechaliśmy Rosję na rowerach. Dwa i pół miesiąca w drodze to jest bardzo dobre doświadczenie. Jeśli kiedykolwiek chcesz gdziekolwiek jechać i służyć, poznaj zwykłych ludzi i niekoniecznie bądź w sutannie. Podróżując w ten sposób, dowiesz się co oni jedzą, jak śpią, jak piją, o czym myślą, jak traktują pieniądze. Przemierzając Rosję spaliśmy w tajdze pod namiotami lub w domach u zwykłych ludzi; parafie były tylko co około 500 km.
Kiedyś siedzieliśmy z biskupem przy kawie, powiedział wówczas do mnie: „Pamiętasz, jak ci mówiłem, żebyś wziął jeszcze trzeciego na drogę?” Odpowiedziałem: „Pamiętam, ksiądz się o mnie martwił”. Na to biskup: „Ty głupi, ja myślałem, że nie znajdziesz takiego trzeciego i przyjedziesz normalnie pociągiem czy samolotem”.
Następny sakrament to spowiedź święta. Więcej osób wyspowiadam w czasie jednych rekolekcji w Polsce, niż przez cały rok na Kamczatce. Przy okazji spowiedzi opowiem wam o naszych wyjazdach na filie. Kiedyś właśnie jedziemy na filię (670km, nie ma asfaltu, jest tylko szuter) i po drodze, po 500km jest rzeka, gdzie nie ma mostu. Żeby dojechać tam na Wielkanoc (Wielkanoc się niczym u nas nie różni pod względem pogody od Bożego Narodzenia) jedzie się po lodzie. Rzeka zamarza i wyznaczają palikami przejazd przez nią. Jak się przejedzie na drugą stronę, a lód rozmarznie, trzeba czekać dwa miesiące. Czasem bywa tak, że w ogóle nie da się przejechać na drugą stronę. Na przykład pół roku temu, latem, pojechaliśmy tam wyspowiadać ludzi, ale nie udało się dotrzeć do celu, ponieważ zepsuł się stateczek, który przyciąga platformę. Jak przyjechaliśmy, to stało jakieś pięćdziesiąt samochodów; poczekaliśmy trzy godziny i następne 500 km wracaliśmy z powrotem. Często na filiach nie ma kaplic. Aby odprawić Mszę świętą wynajmuję pokój w hotelu (jak mi nie piją za ścianą i nie wrzeszczą to dobrze), albo też odprawiam ją na stróżówce. Pamiętną Pasterkę odprawiłem cztery lata temu w Kluczach (to takie miasto wojenne). Przyjechałem koło godziny ósmej. Hotel był zamknięty, więc odprawiliśmy Mszę świętą w małym pokoiku, w którym mieściło się 10 osób. W pomieszczeniu było - 25 ºC, a na zewnątrz aż - 42 ºC. Na takim mrozie wino zamarza i trzeba je trzymać cały czas w rękach. Podobnie jest i z wodą. Pasterka z kazaniem trwała 35 minut, ale nikt się nie obrażał z tego powodu, że było tak krótko.
Przez osiem lat codziennie po Mszy Świętej, wszyscy parafianie i wolontariusze, którzy tam są – zawsze adorują Najświętszy Sakrament przez 15 minut. Modlimy się o kościół. Wiecie jakie są tego skutki? Wczoraj był sąd w sprawie ziemi, którą trzy lata temu nam zabrano, przekupując firmę projektową. Sądzę się z tą firmą, bo straciliśmy 3 mln rubli (300 tyś złotych). Budowa jednak nie jest tam najważniejsza. Ważniejsze jest to, co robisz i jak żyjesz, jak się modlisz, czy chce ci się odprawić Mszę Świętą. Opowiem wam o Mszach, które zostały mi szczególnie w pamięci. Zwykła Msza Święta, taka w kaplicy jest zawsze. Bardzo często modlę się tylko z aniołami. Wiecie dlaczego? Bo fizycznie nikogo nie ma, a aniołów to można zawsze zaprosić na Mszę Świętą.
Kiedyś odprawiałem taką Mszę Świętą, jak św. Piotr, nad jeziorem. Stare, trochę wyschłe już jezioro, stary rozwalony taras i troje parafian, których wyspowiadałem w samochodzie, bo bardzo gryzły komary. Potem Msza Święta na pomoście. Z jednej strony ciemno, a z drugiej jasno. Wiecie co widać po tej jasnej stronie? Cztero i pół tysięcznik – wulkan, który wybucha i sypie pyłem wulkanicznym mniej więcej na 5 km. To wielka radość taką Msze Świętą odprawić (nie chodzi mi o ten wulkan tylko Mszę Świętą), w takim otoczeniu, z poczuciem, że warto przyjechać. Jeśli bowiem chce się podejść do tych wielkich spraw liczbowo, to na Kamczatce nie opłaca się zostawić nawet 1/3 księdza, ale jeśli patrzy się pod innym kątem, to wtedy nabiera to sensu.
Jeszcze trochę o Mszy Świętej. W 2004 r. przyjechał do nas biskup. Nie ma ołtarza, tylko stolik drewniany ze starej szkoły, więc zrobiliśmy prawdziwy ołtarz z lakierowanej płyty pilśniowej i ambonkę. Zrobiłem to ręcznie - Pan Bóg dał mi ręce nie tylko do organ (jestem organistą), ale też i do pracy. Przyszedł wówczas do mnie pewien protestant na rozmowę. Dyskutowałem z nim dwie godziny, by w końcu powiedzieć mu, że muszę iść do pracy. Zaproponował, byśmy wspólnie piłowali ten ołtarz, kontynuując rozmowę. Obecnie ten protestant wybiera się do seminarium. Było to siedem lat temu.
Jakie jeszcze sakramenty zostały? Ślub. Rodzina. Z moich parafian chyba tylko trzy rodziny są pełne, tzn. że to jest pierwszy mąż i pierwsza żona tego konkretnego człowieka. Na początku było to dla mnie dziwne, gdy przychodząc na kolędę (u nas, kolęda to jest jedna rodzina na jeden wieczór, a nie dwadzieścia minut jak w Polsce) piszę w kartotece jak się nazywa mama, jakie ma nazwisko – otciestwo, czyli odojcostwo i imię. Prawem przyzwyczajenia, chcę pisać najstarszemu synowi również to nazwisko. Okazuje się, że ma inne nazwisko i inne odojcostwo. Już byłem ostrożny co do średniej córki i najmłodszej, i słusznie, bo każde z nich miało inne ojcostwo i inne nazwisko. Rodzina jest rozwalona i jeśli nie będziecie pracować i zachowywać celibatu świadomie i dobrowolnie, w sercu, i nie będziecie umacniać rodzin, to tu w Polsce też się ta rodzina rozwali. Nie rozwali jej komunizm, ale relatywizm. Nie bój się pracować z rodzinami, rób to dopóki je masz. Tam ich już nie ma. Bardzo często jest tak, że to dzieci przyprowadzają rodziców do Kościoła. Często bywa jednak tak, że niewierzący ściąga tego wierzącego niżej.
Co nam jeszcze zostało? Kapłaństwo. Wiecie kiedy się czuje radość życia kapłańskiego? Kiedy się z ciebie śmieją. Ostatnio z Krystianem (jednym z tych „wariatów” co przejechał rowerem Rosję) przejechaliśmy 1400 kilometrów w dwie noce, żeby się pomodlić. Przyszło trzy osoby. Na jednej Mszy były dwie, zaś w drugim ośrodku jedna. Oczywiście za paliwo ci nikt nie zapłaci, jedziesz „na cztery koła”. Zrobiłem w ciągu tych sześciu lat ok. 140 tysięcy kilometrów po bezdrożach.
Opowiem wam też inną historię. Jedziemy o trzeciej w nocy. Zostało nam jeszcze 50 kilometrów do miejscowości oddalonej od nas 300 km. Jadę szybko, bo po tych dziurach trzeba jechać 100 km/h albo 40 km/h, bo inaczej się nie da. Patrzę – mignął mi dziadek, taki zwykły dziadek w czerwonej kurtce, który idzie sobie o 2:30 w nocy w stronę miasta. Zostało ponad 30 kilometrów, więc prawem kamczadoła zatrzymujemy się, cofam do tyłu odkręcam szybę i pytam: „Dziadku, co ty tu robisz?” Nigdy nie zgadniecie co on robi. On idzie drugi dzień, właściwie drugą noc, żeby przyjść do wnuczka na rozpoczęcie roku szkolnego. Szedł już drugi dzień, cały odymiony, bo nocą palił ognisko, żeby niedźwiedzie go nie zjadły, i jutro powinien dojść (miał jeszcze 35km). Pomyślałem sobie: „Czy ty, ksiądz, potrafiłbyś do swojego dziecka duchowego przejść tyle na piechotę?” Jadę dalej, za tą miejscowością, idzie kobieta z kwiatami. Wiecie dokąd ona szła? Męża wysłała w ciągu dnia, aby poszedł po kwiatki dla pani nauczycielki, bo dziecko idzie do pierwszej klasy, ale mąż zapił i kwiatków nie przyniósł. Wsiadła więc wieczorem w ostatni autobus, dojechała do miejscowości, znalazła jeszcze kwiatki i szła 20 km na piechotę, żeby do rana dojść. Kto z was mógłby się poszczycić tym, że tak kocha swoje kapłaństwo, służbę Bogu i bliźnim, jak ci prości ludzie, którzy tak kochają swoje dzieci? Jeśli bowiem nie chcesz być dobrym ojcem, to nie bądź księdzem.
Namaszczenie chorych. Opowiem wam o dziadku, Polaku. Jadę z telewizją do jednej miejscowości oddalonej o 550 km, gdzie szukaliśmy jakichś korzeni katolickich. Pytam po rosyjsku babcię, która kopie w ogródku: „Nie znacie tu jakiegoś Polaka, czy katolika?” Babcia: „Tak, jest na Tondrowej jeden taki, który za młodu konie nosił i pił jak koń”. Przyjechaliśmy do niego – dziadek,185 cm wzrostu, już po siedemdziesiątce. Nie został zesłany. Był traktorzystą, przyjechał tutaj do pracy. Ożenił się z Ewenką, czyli ze skośnooką Indianką. Był ochrzczony, ale z Kościołem 60 lat nie miał kontaktu. Na szczęście jego córka i wnuczka Paulina przygotowują się teraz do chrztu świętego. Po pewnym czasie ów Polak zachorował i zmarł. Nie zdążyłem udzielić mu sakramentu namaszczenia chorych, ale pochowałem go. Był to chyba pierwszy szamańsko-katolicki pogrzeb, dlatego, że po obrzędach katolickich został pochowany zgodnie z tradycją jego żony.
„Zesłanie” na Kamczatkę jest dla mnie lekarstwem. Nie chodziłem pół roku, gdyż grając w piłkę straciłem lewą nogę, tzn. nie odcięto jej, ale kręgosłup się uszkodził; mam 12 milimetrów przesunięcie kręgosłupa i nie czuję lewej nogi. Jeżdżę na rowerze, bo inaczej bym przestał chodzić. Będąc na Kamczatce dziękuje Panu Bogu za kałuże, które mijam po drodze. Te kałuże kipią, gotują się. Obok kałuży jest beczka, na beczce wieczko, a na wieczku napisane: „T 87”. Wiecie jak się wykąpać w kałuży, która ma 87 ºC? Przy pomocy kamieni. Bierze się kamienie, rzeczka jest obok i tak się kształtuje rzeczkę żeby wpływała do kałuży. Temperatura kałuży zależy od tego, z której strony ustawisz kamienie. Woda jest super, leczy kręgosłup i niezależnie od tego, że na zewnątrz jest -40 ºC, to i tak woda ma +40 ºC. Pewnego razu przyjechał do nas chory ksiądz z Krakowa, wujek ojca Jana, który miał werdykt lekarski – opuchlizna nóg i żylaki. Oto słowa jego lekarza: „Chyba ksiądz jest głupi, że jedzie w taką podróż, w takim wieku” (jest po sześćdziesiątce). Mimo wszystko wybrał się. Z Jankiem pojechali na jeziorka, a raczej takie wanny w ziemi, pod gołym niebem oczywiście z gorącą wodą. Kąpał się tam co drugi dzień, bo codziennie nie można, organizm nie przerobi energii. Po tygodniu odłożył leki, a jak wrócił, spotkał się z lekarzem, który ze zdziwieniem zapytał go: „Panie, coś pan robił, coś pan pił?”. Usłyszał odpowiedź: „Kąpałem się w wodzie!”.
Przyjedźcie! W tamtym roku byli dwaj wolontariusze z rzeszowskiego seminarium – Łukasz i Andrzej. Przyjechali przyklejać tapety u jednej babci. Jeśli chcecie doświadczyć jak żyjemy, to zapraszam was na Kamczatkę, do ostatniej parafii – pod wezwaniem Świętej Teresy od Dzieciątka Jezus, patronki misji.
Read More